To Zanarkand
Pisanie o fenomenie Final Fantasy jest akurat bezcelowe w tym momencie – może kolejnym razem napiszę, co część VII i VIII zrobiły ze mną i jak bardzo mnie odciągnęły od książek i telewizora. Uroki gry rpg-filmu interaktywnego ze świetną fabułą.
Bardziej interesuje mnie co innego. Jedna piosenka, z Final Fantasy X – “To Zanarkand”.
Kiedy po raz pierwszy odpaliłem filmik, nie ruszyło mnie to za specjalnie. Ot, utwór był ładny. Coś jednak mnie tknęło – pamiętając moje przygody z Loreeną McKennit, kiedy to docierałem się z tym rudym aojdem kilka dobrych miesięcy tylko po to, by usłyszeć – najpierw – “Night Ride Across the Caucasus”, potem “The Bonny Swans” i zakończyć tę epopeję “The Highwayman”, który ostatecznie mnie rozłożył na łopatki, choć lot nocny nad Kaukazem to wciąż dla mnie jedno z najmocniejszych przeżyć. Potem jeszcze pojawiło się “Dante’s Prayer” z refrenem towarzyszącym mi odkąd go usłyszałem.
Są utwory, które mnie poruszają bardziej, są takie, które mniej. Te najbardziej emocjonalne to m.in. Kamelot Anthem, Carry On (The Mourning After), EdenEcho; Nightwish Sleeping Sun, The Islander; Siddharta & Dan D Mala voda, Orion Lady, Etna; Epica Feint (Piano ver.); Within Temptation Somewhere, All I Need; Cradle of Filth Saffron’s Curse, Qntal Falling Star, Helium Vola l’Alba, Saber d’Amor, Nuestras Vidas, Selig, Deine Lakaien Love Me to the End, 2nd Sun, Dialectic, Supermarket, The Game, Yoko Kanno & Maaya Sakamoto Gravity, Yoko Kanno Sora… Można by wymieniać tak długo, bo i z muzyką żyję od samych narodzin.
I w końcu pojawił się utwór z gry komputerowej, który mnie rozłożył na łopatki, wycisnął ostatnie łzy, przenicował i wyłączył z rzeczywistości.
Tytułowe “To Zanarkand”.
Najpierw był wzruszający (scena zniszczeń…), bombastyczny filmik…
…a potem fortepianowa wersja – tutaj jakość średnia, ale, ku mojemu szczęściu, znalazłem później albumową. Zakochałem się.
Nie ma mnie tymczasowo dla rzeczywistości. A Nobuo Uematsu nie wiem, czy błogosławić, czy przeklinać. Czym jest dla mnie “To Zanarkand” fortepianowe? Pieśnią niekończącej się drogi bez powrotu. Pieśnią życia.

Ten fenomen mnie od jakiegoś czasu zastanawia i zadziwia. Są utwory, które dopiero gdzieś po latach odkąd je znamy, uderzają w taką strunę w jaką inne, zdawałoby się lepsze albo może imponujące większą ilością uwielbianych detali, nie trafiły. Inne są może ciekawsze, może reprezentują autorski kunszt, który zasłużenie podziwia się, a tym czasem jakaś inna niepozorna pioseneczka zdaje się jakby była naszą własną od zawsze. Coś cudownego.
O, na przykładzie Loreeny i “The Visit”: dreszczy nie brak – wobec epickiej “The Lady of Shalott”, czy ekstatycznych emocji zawartych w “The Old Ways”, ale dopiero “Courtyard Lullaby” okazała się być “moja” i nadal wypełnia mnie niekiedy do ostatniej kropelki. Z niewiadomych, głęboko subiektywnych przyczyn (czasem aż sam się dziwię).
Swego czasu nawet istniała złota lista owych kawałków na Library, ale zarzuciłem. Taką elitarną grupą miały być też w założeniu serducha na last.fm, ale stało się to odrobinę bardziej liberalne.
A personalny hymn? Kiedyś pisałem o “Twenty Eighth Parallel” Vangelisa. Chyba nic się nie zmieniło od tej pory. :>